Smile! You’re at the best WordPress.com site ever

Najnowsze

Angkor

Już prawie zapomniałem, że byłem w Hanoi, a to przecież stolica Wietnamu. Dobrze, że mam zdjęcia… Po powrocie trzeba będzie wszystko opisać. Ze szczegółami 😁. Od dwóch, albo trzech dni… wszystko mi się już miesza – jestem w Siem Reap, w Kambodży. Dwa dni intensywnego zwiedzania ruin największego kompleksu świątyń na świecie Angkor. Wczoraj basen, dziś z nudów zabłądziłem w mieście. Trafiłem na bazar dla miejscowych. Po tym, co zobaczyłem, powinienem zostać wegetarianinem 😂😂. Szok. Słowo najbardziej adekwatne – ścierwo, wszędzie ścierwo!! Pojutrze wyjazd do Phnom Penh. Potem znów Sajgon i do domu. Kochane pieniążki przyślijcie rodzice 😁😁

Reklamy

Sweet Potato

Chyba zacznę od końca, chociaż nie, mam nadzieję, że nie. Od środka… Jak zrobić hotel w zabitej dechami dziurze w Wietnamie, z pokojami bez okien, telewizorów, a nawet łazienek, i mieć – także po sezonie – komplet gości? Patent jest prosty i mają go właściciele Ca Ba Sweet Potato Homestay. Trzeba mieć konta na portalach travelingowych w internecie i się na nich udzielać. Trzeba mówić po angielsku i mieć angielsko języczną obsługę. I wreszcie trzeba mieć zajebiste żarcie. I to nie tylko wietnamskie, ale też takie, które zjedzą umiarkowani entuzjaści azjatyckich smaków. I cóż, gotowe.

Dziś był kolejny męczący dzień mojego jak dotąd tripu życia do Wietnamu. Rano samolot i prom, potem dżungla, jaskinia i szpital w skałach… Wcześniej Sajgon, Da Nang, Hoi An, My Son, Sun World, Hai Phong. Nie wiem jak to się skończy, kasa płynie jak Mekong..

Xaos

Wetknę tu odrobinę myślowego chaosu. Zdeterminował mnie ostatnio. Drugą dominantą niestety jest lenistwo. Stąd spora przerwa w pisaniu i kilku innych, równie ważnych aktywnościach. Jakbym włączył klawisz z dwoma pionowymi kreskami. Pauza. Constans. Nic nowego.
A wokół wiosna. Narty poszły w kąt. W zasadzie w trzy kąty. W dwóch stoją moje, w trzecim księżniczki. Przerwa na jakieś osiem miesięcy (choć przyznam… kusi myśl o wyprawie na jakiś austriacki lodowiec). Zamkniecie sezonu cudne – 20. kwietnia na stoku w Harrachovie. Piękne słońce, w cieniu 17 stopni, ludzie wyrozbierani do krótkich spodenek i rękawków, i garstka wariatów na nartach. Rewelacja!
Właśnie policzyłem… od 15 grudnia do 20 kwietnia narty były 31 razy, w tym trzykrotnie biegówki. Sam sobie krzyczę woow! A jeszcze większe Alleluja, że w drugim sezonie zjazdówek pojechałem do Austrii i dałem radę tamtejszym czarnym. Z trwogą w sercu i Jezuuu na ustach, ale dałem. Brawo ja!

***
Mam z sobą problem. Przerost marzeń nad gównem. Dla dodatkowego sponiewierania oglądam ogłoszenia motoryzacyjne. Samochody, jak kobiety, podobają mi się głównie te, na które mnie nie stać.

***
– Jesteś dziwką!
– Nie! Bzykam się tylko z tobą!
– No właśnie, a przecież masz męża…
– Karolku, zrozum, dzięki tobie ratuję moje małżeństwo.
– Ciekawa teoria…
– No tak, gdyby nie ty, szłabym chyba z każdym, a wtedy to już kurestwo.

***
Wszystko inaczej. Nie było żadnej kanapy, nawet kozetki. Po prostu siedziały przy stole. Parowała herbata.
– Pomożesz mi?
– To zależy od ciebie.
– Bardzo bym chciała!
– Musisz być ze mną do bólu szczera.
– Jestem.
– Teraz jesteś. Ale masz być też wtedy, gdy już zaczniemy.
– Ja mogę choćby zaraz.
– To tak nie działa. Najpierw musimy sobie pewne rzeczy określić z góry.
– Dobra, mam być zawsze szczera, tak?
– Tak. I dasz mi to na piśmie. I jeszcze to, że jak zawalisz, że jak nie przyjdziesz, jak mnie olejesz to koniec, rozumiesz?
Inga kiwnęła głową. Zegar, który właśnie zaczął wybijać szóstą zagłuszał jej myśli.
– Co za suka, co za pojebana suka! Nie mogła mi dać po prostu czegoś na uspokojenie?
– Zapiszę ci tabletki – odezwała się. – Ale one nie rozwiążą twoich problemów.

***
Czas przyspieszył. To już za kilka dni. Kambodża a potem Wietnam. Albo odwrotnie. Wiem, to niewiarygodne, ale naprawdę zupełnie mi nie zależy i nie ogarniam dokąd polecę najpierw. Po prostu polecę. Ale zanim, obejrzę sobie jeszcze raz Pola Śmierci i Good Morning, Vietnam.
Byłem w sklepie sportowym. Zamiar był taki, żeby kupić jakieś buty trekkingowe na wyjazd, sandałki jakieś, czy coś. Jedna para wpadła mi w oko, spojrzałem na cenę… 200 zł. Pomyślałem – kupię. Jeszcze jeden rzut oka na etykietę, a tam Made in Cambodia. Ha! Po jaką cholerę mam w Polsce kupować buty, które przyjechały tu przez cały świat, żeby znów przez cały świat przewieźć je do miejsca wyprodukowania? Nie kupiłem. Znajdę podobne na miejscu i wykoszę za 5 dolarów.
A propos dolarów. Miasto przygraniczne. Kantor przy kantorze. W żadnym nie ma USD! Cena na tablicy z kursami oczywiście wisi, ale zielonych papierków niet. Jest za to stary, dobry konik Marek, stoi przy Piłsudskiego. Wsiadamy do jego superB. Pada pytanie:
– Ile potrzebujesz? Mogę każdą ilość.
Cash trading w najczystszej postaci.
Przeraża mnie wizja 16 godzin w samolocie. Przeraża! Cóż, co ma być to będzie. Nie kryję, trochę bym sobie jednak jeszcze pożył.

Bajka

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma lasami żył sobie książę. Pracował w korpo, a ponieważ obowiązywał go dress code, codziennie rano musiał się wbijać w białą koszulę.
– Kuźwa, jak ja nie cierpię prasować tych przeklętych koszul! – wkurzał się po raz kolejny nad deską. – Oddałbym duszę, pół królestwa i pałacu, gdybym więcej nie musiał tego robić…
Wtem, nagle, gdy jeszcze wypowiadane przez księcia słowa odbijały się głuchym echem po korytarzach, z lustra w komnacie wyskoczył diabeł.
– Panie, chyba mogę ci pomóc… Czy podtrzymujesz, że w zamian oddałbyś duszę, pół królestwa i pałacu?
– … no… raczej tak… Tak! – potwierdził książę.
I w tym samym momencie diabeł włożył swą owłosioną łapę do lustra i wyciągnął zeń Mariolkę.
I skończyła się bajka.

Colgate

Przed snem albo przed seksem, jednym ruchem ściąga skarpetki, spodnie i majtki. Lubi porządek. Od trzech dni nie myje zębów. Skończyła mu się pasta. Ma nową tubkę, ale wciąż w kartonowym pudełku. Nie zacznie jej używać, bo musiałby wyrzucić pudełko. Niestety nie może, bo kosz na śmieci pod zlewem jest  totalnie przeładowany. Kartonik Colgate już się tam nie zmieści. Wypadnie. Zrobi syf. A on przecież lubi porządek. I jaka to korzyść dla środowiska!
Ratuje świat! Kosztem własnych zębów…

Mieć, czy być?

W sali panował półmrok. Przez uchylone okno wciskały się ostatnie trele ptaków. Facet na łóżku obok już spał. Z trudem unosił do góry piżamę na piersiach. Bez pomocy wetkniętych do nosa rurek nie poradziłby sobie. Zresztą jak każdy z nich. Ten przy drzwiach płakał cicho. Zmarła mu żona. Na Hirszfelda we Wrocławiu. Zabrali ją tam kilka dni przed tym, jak on wylądował tu. W Ciechocinku. (Chuj wie dlaczego,  wszyscy tak mówią na tę cholerną pulmonologię.) Nie był dziś na pogrzebie. Nie dałby rady bez koncentratora tlenu. A szpital nie ma przenośnych aparatów. Z tego samego powodu Marek czeka na rejenta. Nie może iść samodzielnie do banku i zadysponować pieniędzmi, których przez lata nazbierała się całkiem pokaźna sumka. Teraz wszystko pójdzie na ratowane z transportów do rzeźni konie. Przynajmniej one… Przynajmniej je… Prawie trzy miliony złotych. Spokojnie wystarczyłoby na przeszczep płuc w klinice w Monachium. Gdyby tylko zemdlał dwa miesiące wcześniej… Wtedy szybciej zrobiliby mu te wszystkie skomplikowane badania, wtedy prędzej by się dowiedział, że jego płuca rozpadają się w zastraszającym tempie. Dwa miesiące temu miałoby to jeszcze sens. Dziś, nie, zaraz, wczoraj…. Lekarz poinformował go, że Monachium nie podejmie ryzyka. Czyli, że to już za kilka dni, może w ciągu tygodnia. Teraz dwie otyłe pielęgniarki i Zuza, ta ładna z trzeciej zmiany, będą przychodziły i co kilka godzin zwiększały mu tlen. Margines możliwości został już jednak niewielki – za małe ciśnienie… udusi się, za duże… rozerwie mu resztki płuc. Wtedy też się udusi. Jeden chuj. Boleć nie będzie, tylko ten strach, kiedy po wydechu poczuje, że następnej porcji powietrza już nie zaczerpnie. Zanim mózg odetnie świadomość, będzie tylko przerażenie. Gówno nie tunel z jasnym światłem! Jeśli to będzie dzień, pod opadającymi powiekami zrobi się czerwono. Jeśli noc, nie zobaczy niczego. Być, czy mieć? Co za głupie pytanie.

Czas

„Żyć nie umierać”. Kot. Jak zwykle świetny. Za pierwszym razem się poryczałem. Ale nie na filmie. Na końcowym Fismollu i napisach. Wystarczyła chwila z ciemnym ekranem. Dziś tylko wkurwienie. I ta myśl… Choćbyś się nie wiadomo jak starał… Albo inaczej… Los, bóg, przeznaczenie, whatever… pozwala ci toczyć twoją kulę z gówna, póki jesteś zły, jesteś skurwielem, małym chujkiem, niedobrym typem bez charakteru. A kiedy powiesz sobie dość, zaczniesz pracować nad całym tym syfem za i przed tobą, wtedy jeb! Time is over.

Warto więc się starać?

Mam uczucie deja vu… Jest noc, słucham tego pierdoły Fismolla, coś tam sobie myślę, coś tam sobie piszę i wiem, i mam pewność, że to się już działo, że już to pisałem, że już tak czułem, że toczyło się tak we mnie i wokół. Trochę mnie to przeraża, bo wiem, że tamto nie skończyło się dobrze, że wtedy było mi źle, że byłem gdzieś głęboko pod powierzchnią. Dziwne, bo dziś jest ok. Prawie błogo. I czuję przekorne zadowolenie z tych wszystkich rzeczy, które w życiu zjebałem, czy tam wciąż pierdolę. Znaczy się… mam czas.

?

Być, czy mieć?

Siedział odurzony kiwając się monotonnie. Nogi podkulone, plecy oparte o ścianę. Po gitarze, którą dwaj Latynosi ukarali mu chyba trzy tygodnie temu, został tylko poobdzierany futerał. Teraz leżał obok z rozdziawionym, krwisto czerwonym wnętrzem, do którego już dawno nikt nie wrzucił złamanego centa. Bo niby dlaczego? Niczego nie grał, nie śpiewał. A i za wygląd nikt nie upuszczał mu premii. Wyglądał dokładnie tak, jak ten gość z sąsiedniej ulicy, i ten zza następnego skrzyżowania, i kolejny spod polskiego kościoła dwie przecznice dalej. Sporo ich tu było. Chudych, niedomytych, śmierdzących, w brudnych spodniach, z posklejanymi włosami. Nowy York był dla nich magnesem, przyciągał z całego świata, a oni jak bezwolne szpilki, gdy już do niego przylgnęli, nie potrafili się wyswobodzić.

Janek nie narzekał, choć to przecież nie tak miało być. Kiedy wyjeżdżał z Polski, miał gwarantowany półroczny kontrakt w zespole grającym eventy firmowe dla największych, nowojorskich korporacji. Zaangażował go znajomy znajomego, który widział go kiedyś na koncercie jazzowym w klubie Kwadrat. Janek miał markę, miał swój styl, był uznawany za jednego z najlepszych, polskich basistów młodego pokolenia. Z jego usług w studiach nagraniowych korzystali najwięksi, najbardziej znani. Dobra passa się jednak skończyła, gdy w czasie przerwy w graniu jednego z projektów, kiedy akurat pracował z pewną znaną kapelą, zerżnął w kiblu córkę wokalisty. Zrobił się skandal. Śpiewak przysiągł, że go zajebie i nawet już podobno wynajął Ukraińców. Janek zaszył się w leśniczówce u kuzyna i tam, niemal jak gołębica z nieba Maryję, znalazł go znajomy znajomego z propozycją kontraktu w Stanach. Nawet się nie zastanawiał. Zresztą wyjazd za ocean był od dawna jego wielkim marzeniem. Odkąd wciągnął się w granie w kilku jazzowych składach, wizyta w Nowym Orleanie, w Nowym Yorku była jego Mekką. Chciał poczuć ten klimat, ten sam kurz z ulicy, który wdychali Davis, Coltrane, Burnel, Sheehan…I oto jest. Właśnie ktoś potknął się o jego nogę…
– Spierdalaj – wymamrotał po polsku.
Ten, co go kopnął, nawet nie spojrzał.

Granie firmowych imprez dawało niezłą kasę. Trzysta papierów za wieczór nie było niczym nadzwyczajnym. A takich wieczorów było czasem trzy, czasem cztery, a bywało, że i pięć w tygodniu. Nie odkładał. Nawet nie liczył. Cieszył się, że ma. Dodatkowym plusem były zazwyczaj darmowe drinki dla zespołu. No żyć, nie umierać. Tylko, że wtedy poznał tę sukę Kate. Po kilku miesiącach celibatu, gdy wstydził się zagadać jakąkolwiek kobietę swoim połamanym angielskim, ona wypatrzyła go i wciągnęła w rozmowę i… cały ten syf.
– Hi, how’re U?
Nie wiedział gdzie bardziej chce patrzeć. W jej oczy, dekolt, czy może na opięte ciasną spódniczką pośladki.
– Fine.
Grali wtedy wieczór dla Northropa w knajpie Masseria Dei Vini przy 9 ulicy. Nie wie, jak się tam znalazła. Czy była od tych gości z koncernu zbrojeniowego, czy może pracowała przy obsłudze eventu? W każdym razie podeszła, zagadała, a on nie mógł już oderwać od niej wzroku. Wyszli razem. Najpierw poszli coś zjeść do Applejack Dinner przy Brodway, a potem zahaczyli jeszcze o Blue Finn i Weng’s Palace przy czterdziestej. Pili. Dużo. Obudził się gdzieś około czwartej nad ranem w jakimś mieszkaniu. Chyba jej. Leżała obok. Nie spała. Patrzyła w sufit. Gdy zorientowała się, że nie śpi, położyła mu dłoń na kutasie, uśmiechnęła się i zaczęła mu robić. Kochali się potem. A potem znów pili. I znów. Sex. Alko. A potem ona zadzwoniła, ktoś zapukał i przyniósł coś w sreberku po czekoladzie. Wciągnęli. Nie mógł się po tym pieprzyć, więc znów pili. Po każdym kolejnym przebudzeniu sekwencja ich aktywności klonowała się. On ją lizał, albo ona jemu. Rżnęli się i pili. Zatracił poczucie czasu. Minęło go chyba jednak dość sporo, bo stara nokia, na którą dostawał wiadomości gdzie i o której ma się stawić na następne granie, zupełnie się rozładowała. Nie wie kiedy. Pewnie kilka dni temu. Kiedy podłączył ładowarkę, przez kilkadziesiąt sekund drgała i piszczała od kolejnych wiadomości i powiadomień o nieodebranych połączeniach. Nie chciało mu się czytać wszystkich. Wystarczyła ta ostania.
– You’re fired! Don’t U ever meet me!
Znajomy znajomego nieźle się chyba wkurwił. Chuj! Znajdzie nową robotę! A na razie ma przecież wkurwę kasy z blisko półrocznego okresu prosperity.
– Dam sobie radę! – pocieszał się w myślach, w tych krótkich chwilach, kiedy mógł jako tako myśleć.

Kate była niesamowita. Warta każdej chwili totalnego zapomnienia. To, co robiła z jego kutasem, oglądał do tej pory tylko na pornolach. To jak go lizała i gdzie go sobie wciskała. I ta jej uroda, niesamowita, nietuzinkowa. Wyobraźcie sobie hybrydę Indianki, Chinki i Latynoski. Duże usta, duża, twarda dupa, duży biust, ciemna karnacja, płaski brzuch i tlenione na blond, zupełnie niepasujące do jej ciemnej oprawy twarzy, włosy. Jakby była poskładana z klocków lego, a każdy był z innego zestawu. Całość była jednak niesamowicie intrygująca, była mega sexi.

Nic o niej nie wiedział. Ona zresztą o nim też niewiele. Poza tym, że jest muzykiem i że jest z Polski, właściwie nic. On o niej, że była krupierką w kasynie, miała mnóstwo kasy i jeszcze więcej facetów, ale wszystko się skończyło, gdy menadżer odkrył, że jest w układzie z gościem, który co osiem dni wygrywał w black jacka pięciocyfrowe pule.

Wtedy do Masseria Dei Vini wstąpiła przypadkiem. Spodobał się jej, bo jako jedyny miał białe skarpetki do czarnego garniaka. Pomyślała, że ten gość to albo przygłup, albo niezły freak. Zagadała. I tak się już pieprzą ósmy dzień… A może dziewiąty?

W zasadzie pieprzyli, bo kiedy skończyła się kasa na dragi i chlanie, Kate nie miała najmniejszych skrupułów, żeby wyjebać tego Polaczka na chodnik przed domem. Zresztą chuj, Jankowi też się już znudziło. Ostatnie trzy dni myślał nawet, czy nie kupić viagry, bo winda zupełnie przestała już jeździć w górę. Nie pomagał ani język Kate, ani sprośne filmy, które zamawiali przez internet. Tak wylądowywał na ulicy. W białych skarpetkach, czarnym garniaku i z basem Fendera w poobijanym futerale, który kilka dni później zajebali mu jacyś Latynosi, gdy znów się upierdolił najtańszą whisky. Nie miał już pracy, nie miał mieszkania, z którego po tygodniu nieobecności, choć głównie po tygodniu zalegania z czynszem, wyjebała go stara Polka, u której wynajmował. Chuj z tym wszystkim. Był artystą! Był w Nowym Yorku! Żył! Wdychał ten sam uliczny kurz co Davis, Coltrane, Burnel i Sheehan! Chuj ze wszystkim! Trzeba żyć! Trzeba być!

Gulaschsuppe

Faceci pierdzą. To pierwsze, co zapamiętam. W każdym razie Bodek. I o ile normalnie by mi to nie przeszkadzało, to jednak spanie z facetem w jednym, choć małżeńskim łóżku, to była dla mnie dość smrodliwa nowość. Nie taka jednak, żeby pozbawiła mnie pełni szczęścia z powodu spełnienia jednego z marzeń. Jeszcze 1,5 roku temu, gdyby ktoś mi powiedział, że będę śmigał na nartach w Alpach i zjeżdżał po tamtejszych czarnych trasach… rzekłbym mu: –  Jesteś pierdolnięty.
A jednak. Dokonało się. Byłem na lodowcu Kitzsteinhorn w Kaprun i zorałem niemal wszystkie trasy w Zell am See. Sam jestem w szoku.
Ale.
Zanim pojechałem, wszyscy mi powtarzali:
– Zobaczysz Alpy, pojeździsz, nie będziesz więcej chciał jeździć w Polsce.
– A gówno!
Minęło ledwo kilka dni, odkąd wróciłem, a już ciągnie mnie w polskie góry. Póki jest śnieg. A jeszcze trochę chyba będzie.
Tam, w Kaprun i Zell am See jest go jeszcze od zajebania, wystarczy do końca kwietnia, a na Kitzsternhornie pewnie i dłużej. Na razie jednak musi mi wystarczyć to, co było i ewentualnie Świeradów lub Harrachov, bo wyprawa do Kaprun, cóż, jakkolwiek gładko by tego nie ująć… tania nie jest. Ale warto ciułać nawet przez cały rok, żeby wyskoczyć tam choć na kilka dni. Jest… No jest zajebiście. Te góry! Tak ich dużo. Tak są wielkie, tak budzące respekt są. I cała ta cholerna infrastruktura. Austriacy są w tym mistrzami. Na sam lodowiec wjeżdża się dwoma kolejkami – bodaj ośmio, czy dziesięcioosobową gondolą i drugą nitką z wagonikami, które mogą pomieścić jeszcze więcej osób. Jedna kończy bieg na wysokości prawie 2 tys. metrów, druga zasuwa jeszcze wyżej, na 2,5 tys. Tam wyżej można też wsiąść do pociągu linowego, który wywozi chętnych na sam szczyt Kitzsteinhorn, na wysokość 3029 metrów. A wszędzie pomiędzy, od 2 do 3 tysięcy metrów, poprzecierane są trasy, po których szusuje nawet kilka tysięcy napaleńców takich jak ja. I wiecie co… Nie ma tłoku. Każdy znajdzie trasę dla siebie. Są turystyczne, trudne i bardzo trudne. Zjechałem wszystkimi albo prawie wszystkimi. Dopiero jednak w niedzielę, bo w piątek wpadliśmy z Bodkiem w pogodową pułapkę, a w sobotę ryliśmy stoki w Zell.
Z tą pogodą było tak, że miał padać śnieg. I kiedy wjechaliśmy na górę padał. Bodek z deską był wniebowzięty, ja na nartach nieco gorzej. To z powodu białego puchu, na którym narciarze musieli się mocno napracować. Deskarze mieli fun. Ale i jedni, i drudzy dostawali od tego totalnego kręćka. Przynajmniej ja i Bodek tak mieliśmy. Padający śnieg i być może także wysokość sprawiły, że męczyliśmy się z zawrotami głowy. Błędniki szalały. Kiedy mózg dostawał sygnał: zatrzymaj się i odpowiednio pokierował mięśniami, wystarczyło, że oczy spojrzały pod nogi, a unieruchomione przed chwilą narty odjeżdżały. Tak naprawę jednak stały, a odjazd był złudzeniem. Tylko, że mózg o tym nie wiedział i podejmował reakcję, żeby utrzymać równowagę. W rezultacie wyprowadzał ciało z pozycji stabilnej stojącej i kończyło się to zawsze spektakularnym upadkiem. Zaliczyłem go kilka razy dziwiąc się sam sobie.
Po chyba dwóch godzinach do padającego śniegu doszedł jeszcze silny i bardzo silny wiatr. To już było szaleństwo. Widoczność spadła do kilku metrów. Obsługa niemal w jednej chwili wyłączyła wszystkie wyciągi, zamknęła wszystkie trasy. Tylko że my z Bodkiem o tym nie wiedzieliśmy i zjechaliśmy sobie w najlepsze w jedną z śnieżnych tras, która kończyła się wprawdzie dwoma wyciągami kanapowymi, ale poza tym była ślepa. To znaczy, że zjeżdżając nią można się było wydostać z punktu końcowego tylko kanapami. Nie było żadnego łącznika z innymi trasami. A kanapy nie działały. Wyłączyli je z powodu wiatru. I dwa Polaki-cudaki wpadły w pułapkę. Ani w dół, ani w górę, żeby zjechać do bazy na dwóch tysiącach innymi trasami. Na szczęście obsługa jednego z wyciągów zachowała zimną krew i wezwała ratowników. Przyjechał jeden, wredny, na skuterku i pojedynczo, najpierw mnie, potem Bodka, wywiózł na górę, do punktu z którego mogliśmy już pokusić się o powrót w bezpieczne miejsce. Nie było łatwo. Przejechanie bodaj 2, czy 3 kilometrów, co normalnie trwałoby kilka minut, zajęło nam minut czterdzieści. Nieźle. To się nazywa przygoda.
Potem, w niedzielę, pogoda odwróciła się o 180 stopni. Było pięknie, ciepło, słonecznie. Jak się jednak okazało, także taka aura może być niebezpieczna. Zwłaszcza dla dwóch pizd z pochmurnego kraju, które zupełnie nie pomyślały o kremie z filtrem UV. Skutek? Zjarane policzki i poparzony nos. I wygląd gangstera z bajki o Bolku i Lolku na Dzikim Zachodzie. To wszystko jednak chuj, pikuś, nul, nic, zero w porównaniu z wrażeniami z jazdy na nartach. Kitzsteinhorn to dla amatorów białego szaleństwa eden, ziemia obiecana, raj. Śmigaliśmy po trasach i poza trasami, jeździliśmy szybko i wycieczkowo, po prawie płaskim i po mega stromym. I te austriackie radlery. Chyba rozkochałem się w tym trunku. Tam na lodowcu, po kilku godzinach intensywnej jazdy, smakował wręcz genialnie. Cytrynowy, z pianką, zimny. Mniam. Kilka wychyliliśmy w zupełnie niecodziennym miejscu. Na 2,5 tysiącach Austriacy zbudowali potężne, dwukopułowe igloo. Pod jedną kopułą zaparkowali czerwone audi, pod drugą urządzili bar. Niesamowite wrażenie – pić piwo w lodowym zamku, gdzie królową na tronie jest czerwona Audica. Bajka. Podobnie jak żarełko w knajpie na dwóch tysiącach. Gulaschsuppe i zasmażane z boczkiem ziemniaczki podane z jajkiem sadzonym i zieleniną. Mniam! Lodowiec Kitzsteinhorn jest zajebisty!
Trochę mniej entuzjastyczne wspomnienia będę miał z Zell am See. Ale to nie wina tego cudnego miasteczka, ani fantastycznych tras powyżej. Moje cztery a nie pięć gwiazdek spowodowała pogoda, a konkretnie nocny deszcz i temperatury na sporym plusie w dzień. To wszystko sprawiło, że ze stoków nad Zell jeździło się słabo. Śnieg był mokry, ciężki, szybko potworzyły się niebezpieczne muldy. Było wręcz groźnie, co spowodowało, że już około 14 daliśmy sobie z Bodkiem spokój. Jak on to stwierdził filozoficznie: szkoda zdrowia. Gdyby warunki śniegowe były inne, pewnie i tam byłbym uchachany jak małe dziecko.
Dobra, przyznam się. I tak byłem. Wszystko mi się na nartach w tej cholernej Austrii podobało. Wszystkim byłem zachwycony. No może poza pierdami Bodka i niemiłym ratownikiem, który ratował nas ze ślepej piste. Ale to chuj, to nic. Było zajebiście. Wrócę tam, oj wrócę!

PS. A w nocnym klubie w Kaprun, gdzie zabłądziliśmy w poszukiwaniu apres ski, wieczór umilał nam zajebisty band. Koleś na gitarze, drugi na basie i trzeci na perkusji. I przez całą noc chłopaki szarpali struny i naparzali w gary największe rockowe numery. Czysto i w rytmie. Szacun. Jak znam życie, przez te parę chwil, które tam spędziliśmy sącząc łychę, w kraju Jarosława i cebuli miejscowi artyści wyśpiewaliby co najmniej kilka razy: „A teraz idziemy na jednego, a teraz idziemy wódkę pić”. A oni nic… Czy ci Austriacy nie są dziwni? 🙂

Kolekcjonerka

Siedział obok na skórzanej sofie i dupa mocno mu się już spociła. Zastanawiał się właśnie, czy jej też i czy jak zwykle przed wyrem pójdą razem do łazienki.
– Pokazać ci coś? – zapytała ze śmiechem.
– Spoko – nie bardzo wiedział o co jej chodzi.
– Zobacz, co przysłał mi ten Niemiec, z którym pracuję.
Pogłaskała ajfona kciukiem i przekręciła ekran w jego stronę. Chuj. Na kolorowej matrycy wyświetlał się chuj we wzwodzie. Gruby przy końcu i popaćkany u nasady drobnymi krostkami. Wyglądał jak staromodny, drewniany tłuczek do ziemniaków, którego używała jego matka zawsze, gdy w czwartek robiła kopytka.
– Co to jest?
– Nie rozpoznajesz?
– No raczej nie mój.
– No raczej! Ale twojego też mam. Raz mi wysłałeś.
Kurwa, naprawdę? W myślach gorączkowo szukał potwierdzenia, że faktycznie zrobił zdjęcie swojego kutasa i się nim podzielił.
– Nie przypominam sobie…
– Naprawdę! – przerwała mu. – Pokazać ci?
– Nie. Wiem jak wygląda.
– Wysłałeś mi dwa lata temu.
Ja pierdolę, to już tyle czasu męczę się z tą kretynką? Nie dowierzał. Tymczasem jej kciuk znów zaczął niebezpiecznie szybko głaskać ciemny kawałek plastiku.
– O, ten jest twój – znów obróciła telefon chujem do jego twarzy. – A nie… Czekaj. To nie ten. Ooo… Tu jest! – z zapałem sześciolatki przy kolorowaniu wysunęła język na brodę.
– Masz ich tam więcej?
Zmieszała się trochę. – No nie moja wina, że mi przysyłają.
– Ile?
– Trochę.
– Ile to jest trochę?
– Jakieś dwadzieścia
– O ja pierdolę! Każdy facet, który na ciebie spojrzy od razu pakuje swoją sterczącą kuśkę do messengera, czy e-maila?
– Nie wszystkie stoją…
– No… to dramat.
– Oj, nie ironizuj. To nie moja wina. To wy jesteście tacy popierdoleni.
– Jacy my?
– No wy, faceci.
– A ty za to normalna jesteś. Kolekcjonerka kutasów się znalazła…
– Lubię sobie popatrzeć. A z wami jest tak, że już po kilku zdaniach w internecie pchacie się z propozycjami i zdjęciami.
– A tobie to widzę pasuje…
– Szybko zapominam.
– O czym?
– Jak wygląda czyj kutas. Twojego już całkiem zapomniałam, tak dawno się nie kochaliśmy. Dlatego sobie czasem na niego spoglądam w telefonie.
– O ja pierdolę…
– Co?! Nie bój się za to doskonale pamiętam jakie masz umięśnione uda.
– Chociaż tyle.
– Chcę ciebie, wiesz.
– No i?
– No i chodźmy już do łazienki. Umyję ci dupkę, chcesz?