Smile! You’re at the best WordPress.com site ever

Najnowsze

Tak w przerwie w pracy…

Cholera! Właśnie się załatwiłem swoją własną logiką. Bo. Nie ma boga. Stworzyliśmy go, żeby mieć nadzieję, że nasze życie nie jest tylko biologicznym trwaniem i przekazywaniem genów, stworzyliśmy go, żeby mieć nadzieję, że nasze życie ma sens. Jeśli więc nadzieja jest wszystkim co mamy, jest naszym bogiem, to… No właśnie. Jeśli nadzieja jest bogiem, a bóg nadzieją to znaczy, że bóg jest wszystkim, bo nadzieja jest wszystkim, bo czym byłoby życie bez nadziei? Vide… czym byłoby życie bez boga? Ja pierdolę… Beznadzieją. Życie bez boga byłoby beznadzieją. Szach mat. Zajebałem się sam. Aż mi głupio.

Reklamy

Przedwyborcze zombie

Wczoraj chciałem napisać, że ludzie są fajni. Dobrze, że kurwa nie chciało mi się włączać komputera. Moje dzisiejsze doświadczenia z homo sapiens mają naturę dualną, przy czym oba ich bieguny określić można jednym tylko zdaniem – jeśli bóg nas faktycznie wymyślił i zmajstrował na swoją podobiznę to albo jest zakompleksionym, odmóżdżonym, pyskatym chujkiem, albo totalnie spierdolił robotę.

Dziś znów łaziłem po ludziach i mówiłem – dzień dobry, jestem fajny. Zielony, duży blok, jakieś dwieście metrów od mojego, ale nigdy wcześniej tam nie byłem. Ciepło, więc stare baby wygrzewają nogi pełne żylaków na słońcu męcząc dupska twardymi dechami ławki przed wejściem.
– Pan idzie. Tu na dole są cztery mieszkania i po cztery na pierwszym, i drugim pietrze.
Drzwi po lewo, obdarte, bez dzwonka. Pukam. Po trzecim razie odchodzę. Następne są nowe, antywłamaniowe. Jest dzwonek. Zbliżam palec, ale w tym samy momencie otwierają się te pierwsze. Słyszę jak ktoś za nimi sapie. Podchodzę. Kurwa, jaki smród! Dobry metr z hakiem od uchylonych drzwi, nawet bez wchodzenia do środka czułem się jakby wylał ktoś na mnie wiadro przegniłej uryny.
– Fajny jestem, wie pani – zdążyłem wydukać, a w myślach atakowała mnie katiusza instynktownych komend – spierdalaj, spierdalaj, spierdalaj!

Dwie kamienice dalej pawilon handlowy przerobiony na mieszkanie. Pamiętam, kiedyś robiłem w tym sklepie zakupy spożywcze. Na witrynie zaciągnięta antywłamaniowa roleta, powyginana mocno od uderzeń. Uchylone drzwi. Pukam.
– Dzień dobry. Jest tam kto? Panie Janku, jest pan tam?
– Właź nie bój się, powinien być – krzyczy mi z dwudziestu metrów miejscowy bawidamek zagadujący właśnie właścicielkę sklepu ze wszystkim po pięć zyla.
Włażę. Ciemno. Na podłodze brudne, pełne ziemi i piasku płytki, kiedyś w kolorze kremowym. Jakieś pojedyncze kartofle. W rogu coś jakby fotel. Szmaty? Ciemno. Może ktoś na nim śpi? Pierdolę. Wychodzę.
– Chyba go nie ma – krzyczę do bulwarowego amanta.
– Dawno go nie widziałem. Może nie żyje? – odpowiada. – Zaczekaj, wejdziemy razem. Będę robił za świadka, jakby co.
– Halo, jest tu kto?
Z pierwszego, ciemnego pomieszczenia jest przejście do drugiego. W futrynie drzwi rozciągnięty brudny koc. Uchylam go lekko.
– Panie Janku, jest pan tu?
Nagle, jak spod ziemi, wynurza się na wpół rozebrana, brudna i posiniaczona postać jakiegoś chłopaka. Idzie jak zombie. Kurwa, jego oczy wyglądają jak u lalki. Wielkie, rozszerzone źrenice są jeszcze większe w zestawieniu z siniakami pod oczami.
– Nie ma go – mamrocze zombie.
Wychodzimy.
– Kto to kurwa był? – pytam absztyfikanta.
– Jego syn. Mieszka z nim.
– Janka?
– Tak. Pije i ćpa.
– Chryste…
– Kiedyś miał sklep, tam po drugiej stronie. Z perfumami. Woził się z taką blondynką i strasznie zadzierał nosa. I skończył jak widziałeś.
– A Janek?
– Jeszcze niedawno tak samo wyglądał.
Szok. 20 lat temu jeden z najbardziej obrotnych i najbogatszych handlowców w mieście. Wprawdzie ze słabością do młodych dziewczyn, głównie ekspedientek, które zatrudniał, ale kto bogatemu zabroni? Przez to rozwód, podział majątku. I poszło… wóda, dziewczyny, wóda, dziewczyny, wóda, ćpanie, wóda…

Kamienica vis a vis. Brudna klatka schodowa krzyczy – po chuj dalej idziesz? Nie warto. Ale idę. Pukam w pierwsze drzwi. Cisza. W drugie. Idę na piętro. To samo. Schodzę i stukam jeszcze raz, w zasadzie od niechcenia w te pierwsze. Zza nich hałas. Szuranie. Zgrzyt zamka. Jedno zombie. Drugie zombie. Po chwili do uchylonej szpary podchodzi trzecie zombie. Śmierdzi alkohol, śmierdzi im z ust.
– A my cię znamy, ty fajny jesteś.
– No.
I spierdalam. Nic tu po mnie.

Wieczór. Odpalam kompa. Czytam komentarze pod swoim tekstem o wyborach. To błąd, że internet tak spowszechniał. Spacyfikowali go idioci, partyjne trolle, wyznawcy boga, ojczyzny i Jarosława. Taaa… bóg, jeśli to faktycznie on, strasznie to wszystko spierdolił…

Bownik

To chore. Waldek znów podrzucił  mi muzykę. Pół dnia nie otwierałem linku. Potem pomyślałem, że chociaż z grzeczności, po starej znajomości kliknę, nie będę go banował i traktował jak spamera, w końcu już kilka razy podesłał mi fajne kawałki. Ale też kilka razy strzelił zupełnie kulą w płot rozmijając się atomowo z moimi muzycznymi gustami. Kliknąłem. Dwóch gości na wideo, jeden wysoki, chudy, łysy – dokładnie jak londyński gangster z filmów Guy’a Ritchie. Drugi niższy, z brodą trochę jak Alan Garner z Kac Vegas. Zapuściłem, nie robiąc sobie szczególnej nadziei na muzyczny flow. I jeszcze ta denerwująca maniera wokalna długiego, łysego. I ta mimika. I ten jęzor wywalany bez potrzeby na wierzch. I jeszcze te pierwsze słowa: „pachnie kolendra, a ja rzucam zaklęcia”. Nie no, shit. Ale z każdym kolejnym taktem ochota na wyjebanie tego w niebyt mocno mi malała. Gdzieś jakoś w środku poczułem, że lekko się gibam. A na koniec… włączyłem „repeat”.
I tak włączam od wczoraj, nie wiem już ile razy. Ja pierdolę! Zajebię tego Waldka! W pracy zdążyłem przesłuchać kilka kolejnych kawałków obu kolesi i nawet ze trzy ściągnąć sobie na telefon. I cała droga z pracy znów była z zapachem kolendry. Nawet na Faktach TVN wyjebałem w kosmos oryginale audio i percepcję teraźniejszej polityki wspomagali mi oni dwaj. Jprdle. Bownik!

Pagiet

Pagiet… Raj. Ale dlaczego pagiet? Żaden pomysł na rozkodowanie tego skrótu nie przychodzi mi do głowy. Po prostu pagiet i już. Wszyscy tak mówili i wszyscy wiedzieli o jakie miejsce chodzi. Od ulicy Lenina odgradzał je od reszty miasta płot z siatki. Od budynku, gdzie mieszkała matematyczka Tocka, ceglane ogrodzenie. Od przedszkola betonowy, wysoki na trzy metry mur. Od strony naszego bloku rząd murowanych komórek, a przed nimi szeroka na cztery metry wiata z metalowym dachem. Każdy rzucony tam  kamień dudnił po nim jak talerze w orkiestrze dętej. Pod wiatą śmierdziało ropą i smarami. Każdy krok podnosił tumany kurzu, a najmniejsza kałuża naciekająca po deszczu przez dziury w falistych, blaszanych płytach natychmiast przybierała barwy wszystkich odcieni tęczy.

Pośrodku był wielki, pusty przed południem plac z kilkuramienną latarnią w kształcie tropikalnej palmy. Pośrodku tego pośrodku.  Po lewej stronie od bramy, od wjazdu z Lenina, stał blaszany pawilon. Barak. Stróżówka, w której na zmianę urzędowali ciecie-emeryci. Była jednocześnie komisariatem, sądem i więzieniem. Do zaciemnionego dymem od sportów pomieszczenia trafiali ci, którzy przez dziadków-stróży zostali przyłapani na bieganiu po pagiecie, na graniu w piłę pod palmą albo puszczaniu statków. Tam, w zależności od humoru i temperamentu oprawców  byli targani za ucho, młóceni pasem lub zamykani  w przerażeniu, ze łzami w oczach w ostatnim pokoiku baraku, gdzie czekali na przyjście matki, ojca, milicjanta.

Po prawej stronie od bramy, od wjazdu z Lenina, między ceglanym płotem a dystrybutorami z ropą i benzyną, tworzyła się wielka kałuża. Wielka jak ocean! To z myślą o niej każda wycieczka do lasu musiała się kończyć przytarganiem łupów w postaci kilku kawałków sosnowej kory. Na betonowych płytach można ją było zeszlifować tak, by nadać brązowej masie kształt kadłubu statku lub żaglówki. Potem wystarczyły patyki jako maszty, kawałki papieru albo folii na żagle i można już było płynąć poprzez pagietowski ocean, aż na koniec świata. Boże, boże… kto miał kalosze był tobą. Był Posejdonem, Neptunem, był władcą życia i śmierci zaokrętowanych na pokład mrówek, pająków, much, pasikoników, biedronek. Konikom trzeba było jednak najpierw połamać nogi, bo uciekały, a pająki… to była rzadkość. Pająki trzeba było zbijać od razu. Żeglarski, pagietowski przesąd mówił, że po ich rozgnieceniu spadnie deszcz. A deszcz był przecież potrzebny jak deszcz, jak powietrze, jak modlitwa. Deszcz był stwórcą naszego oceanu, naszego przedpołudniowego świata.

Po południu odlatywaliśmy na inną planetę. Mniej więcej od  godziny  szesnastej plac pagietu zaczął się zapełniać samochodami. Do bazy, na nocny postój zaczynały zjeżdżać radzieckie wywrotki marki Ził służące do wożenia piasku i stłuczki, ciągniki Ursus z przyczepami i ciągniki Ursus z ładowarkami Cyklop. Nazwa łatwa do zapamiętania, choć naówczas nikt z nas nie miał pojęcia, co to był ten cyklop. Zjeżdżały też wózki elektryczne, wózki  z kiprami co się im skręcały tylne koła i autobusy. Dwa. Jelcz ogórek, którym wszyscy chcieli jeździć, bo kierowcą był pan Magda, znany z tego, że zawsze i wszędzie zapierdalał, i nowiutki autosan H29, którym powoził niejaki Pawlaczyk, słynący z tego, że sześćdziesiątkę przekraczał tylko na autostradzie do Wrocławia, a i to nie o wiele więcej, niż pięć. Szkolne z nim wycieczki do Zoo we Wrocławiu, do Karpacza, na Zakręt Śmierci albo do Oświęcimia to był koszmar, najdłuższy, nudny film o drzewach przy drodze.
Ostatnia, prawie zawsze zjeżdżała szara wołga dyrektora Urbanka. Kierowca ustawiał ją pod latarnią na środku placu, żeby na oku. Ale i tak chuj…

Za gołębiami Lucypra najlepiej się rzucało stalowymi pytkami w kształcie litery E. To był rarytas, bo żeby je mieć, trzeba było rozebrać transformator, którego płytki w kształcie E stanowiły rdzeń. A że o stare transformatory było ciężko, blaszane kształtki najczęściej zastępowały kawałki sztywnej papy. Leciały wprawdzie nie tak szybko i nie tak daleko, ale wystarczająco,  żeby przegonić z dachu Lucypra ptaki. A kiedy już i papy zabrakło, rzucało się kamieniami. Jeb, Jeb, Jeb… O blaszany dach.  I do dziś nie wiadomo kto zajebał tak mocno i tak pechowo, że prosto na przednią szybę wołgi dyrektora Urbanka. Jeb. Szkło w drobny mak.
– Kto to rzucił? Kto to kurwa rzucił? Wy skurwysyńskie gnoje! – darła japę mama Sylwii, która na pagiecie, w zamian za nocne pilnowanie, dostała mieszkanie w przerobionym magazynie. Przedzielono go dokładnie na pół. W jednej części były biura kierownika bazy, w drugiej pokój z kuchnią Sylwi, jej dwóch braci i ich wiecznie najebanego ojca. I psa.
– Wy cholerne smarki, ja was wszystkich wyłapię! Kto teraz zapłaci za te szybę? – biegała po całym placu i krzyczała.
Ale pagiet to raj. A w raju, oprócz oceanu, palmy, katowni dziadków i mieszkania Sylwii było też milion kryjówek. W komórkach, które z wyjątkiem tych ze smarami, były wszystkie otwarte, pod plandekami żuków, w kanale najazdowym dla ciężarówek, na pace wywrotek, za traktorami i przyczepami, wreszcie na falistym dachu, na którym jeśli się położyć na płask… nikt z dołu nie zobaczył.
Ze dwie godziny  matka Sylwi biegała w te i wewte  z kijem i miotała wyzwiskami jak z kałacha. Przerwy robiła tylko na papierosa.
– Znajdę was gnoje – mamrotała między sztachami. – Widziałam, kto tu dzisiaj był. Do matek pójdę, to wam tak wpierdolą, że na dupach przez miesiąc nie pousiadacie. Cholerne dzieciary. Żeby was szlag trafił.

Po urbankowej szybie chyba ze dwa tygodnie nikt się do pagietu nie wypuszczał. Ale do raju ciągnęło. W bloku nikt nie miał samochodu. Tylko stary Wilim i Turaczyk po emzecie. Dąbrowski wueskę, a Lucypra ojciec komara, rometa konkretnie. Samochodu nikt. A przecież każdy chłopak marzy, żeby posiedzieć za kierownicą, powajchować biegami, powciskać klakson… To najpierw ostrożnie, tylko do wywrotek na skraju placu, potem do żuków pod wiatą, a w końcu już – jak przed szybą – nawet do traktorów na środku placu. Pęd do motoryzacji był silniejszy, niż strach przed cieciami i matką Sylwi. Tym bardziej, że wszystkie drzwi do nocujących w pagiecie pojazdów były zazwyczaj pozostawiane otwarte. Pewnie ze względów bezpieczeństwa. Skrupulatnie z tego korzystaliśmy. W jednym z żuków było nawet radio, a pod siedzeniem Lucyper wyczaił przełącznik. Jak się go przekręciło, można je było  włączyć. Raz słuchaliśmy cały wieczór i ten żuk następnego dnia  nigdzie nie pojechał.  Podłączyli go rano do jakichś kabli i matka Sylwi znów głośno wyzywała, a po południu ganiała nas z kijem od szczotki po całym placu.
Raj. Pagiet to był raj! I przez wiele lat nie daliśmy się z niego wygnać…

Zapiski niedzielnego lenia

– Jeśli picie wódki zaczyna ci przeszkadzać w pracy, w życiu… jesteś alkoholikiem. Per analogiam… Jeśli ciągłe bycie online zaczyna ci przeszkadzać w życiu, w pracy… jesteś… Szukam odpowiedzi na to pytanie. Mam przed nią obawy.
– Cóż za wspaniała niedziela… Siedzę na kanapie, piję kawę, wpierdalam czekoladę i myślę jak cudnie byłoby pójść pobiegać… jprdle
– Cztery dni. Jedna dziewczynka. Jeden pies. Jedno siku na kafelki. Sukces. Pytania dziewczynka, czy pies uznam za niegrzeczne.
– Sasin w telewizji, w radio… Gdziekolwiek go słychać, gdziekolwiek go widać… rzyg, rzyg, rzyg.

Tak mam

Buduję swoje ja na tym, co mógłbym, nie co mam.
Na tym, co chciałbym, a nie co się zdarzyło.
Nie lubię tak mieć, lecz mam.
I mając niechciane, marząc o chcianym, oddalam się od dobrostanu.
Jestem ja minus mógłbym,
Jestem kiedyś, dlaczego nie teraz.

Kler

Ojcze nasz, któryś jest w kinie, jakie to słabe – pomyślałem po pierwszych dziesięciu minutach „Kleru”. Będzie chlanie, rzyganie, kopulacja i zepsuty bigos. Słowem smarzowszczyzna w pełnej krasie. Ją lubię nawet, ale od filmu nieschodzącego z polskich języków, jęzorów i języczków od kilkunastu z hakiem dni powinno się wymagać więcej. Zrobiło mi się nawet przykro, bo „Wołyń” pokazał niezwykłą dojrzałość reżysera, jego mądrość i wrażliwość o niebo większą, niż we wcześniejszych „Weselu”, „Domu złym”, czy „Drogówce” razem wziętych. Czyżby więc regres? I jeszcze ta obsada… Więckiewicz, Jakubik, Braciak. Byłby Dziędziel, Topa i Dyblik, byłby komplet, sami swoi. Poczułem wręcz wściekłość, że dałem się nabrać, że reżyser porwał się na tak obecnie nośny i tak mocny temat i go zwyczajnie… zjebał… pokazując balangujących księży, pokazując jak w życi mają boskie przykazania, zwłaszcza nie będziesz miał bogów cudzych przede mną, nie będziesz brał imienia pana boga swego na daremno, nie cudzołóż, nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu i nie pożądaj żony bliźniego swego… Rozczarowanie i wkurw na Smarzowskiego z każdą minutą jednak topniały, a historia zaczęła mnie wciągać. Okazało się, że ze wszystkich scen, które rozbite na epizody niczym, ale to niczym mnie nie zaskoczyły, po sklejeniu ich przez Smarzowskiego i Rzehaka w całość, i po genialnym zniuansowaniu i wycieniowaniu ich przez wymienionych tu już z nazwiska aktorów, ta historia nabrała życia, nabrała prawdziwości i dramatyzmu. Pokazywane na ekranie postacie z przerysowanych kukiełek stały się ludźmi z krwi i kości. Żyjącymi w pewnym odizolowaniu od reszty społeczeństwa, za grubą kotarą zakrystii, ale jednak ludźmi. I stał się cud, zdrowaś Mario, sala pełna… Wektor mojego wkurwu zmienił kierunek. Nie, nie zacząłem nagle wściekać się na tytułowy kler. Nie. Złością i bezsilnością napawała mnie konstatacja, że tak wielu z nas, że tak duży procent naszego społeczeństwa im na to pozwala. Że przymykamy oczy na obłudę, rozpasanie, czy zwykłe draństwo duchowych pasterzy, którzy wyprowadzają swoje owieczki na zielone hale, a sami w szałasach zatracają się w rozpuście. A im znaczniejszy juhas, tym głębiej wkłada ręce w smołę piekielną, że nie wspomnę tu o bacach, bo ci są poza wszelką grzechów miarą. I to właśnie przeciwko tym ostatnim mój wkurw największy kieruje się na koniec filmu Smarzowskiego. Bo błądzić jest rzeczą ludzką, ale trwać w błędach i słabościach to zwyczajne draństwo. Ostatnia, symboliczna scena podczas mszy polowej, kiedy tłum ustawia się w znak boga wokół płomieni, dosłownie wbiła mnie w fotel.
Jakubik Chrystusem wikarych, proboszczów, dziekanów, biskupów… Przekonał nawet mnie, że i wśród kleru są dobrzy księża, z powołaniem i z misją. Jako ks. Andrzej Kukuła aktor jest wiarygodny, tragiczny i prawdziwy na tyle, że nie widziałem już w nim erotomana-jebaki, sierżanta Bogdana Petryckiego z Drogówki. Był po prostu świetny! Z kokonu swoich poprzednich ról nie wyszedł natomiast dla mnie w tym filmie Więckiewicz. Wciąż był Jerzym z „Pod mocnym aniołem”, tyle tylko, że wystrojonym w sutannę i koloratkę. Gajos. Genialny aktor, ale rola w „Klerze”… Zbyt mocno przypominała mi konkretną postać, za bardzo widziałem w niej pewnego biskupa, bodaj w stopniu generała, pseudonim Flaszka zdaje się. Gajos był świetny, ale był tylko kopią jego świątobliwości oryginała.
I wreszcie on. Niesamowity, subtelny i diaboliczny zarazem. Nieszczęśliwy i miłosierny, wyrachowany i empatyczny, dobry i zły… Braciak. Jacek Braciak jako ks. Leszek Lisowski. Chapeau bas! Nisko, do ziemi, bo wykreował swoją postać tak, że gdybym spotkał na ulicy Lisowskiego, splunąłbym mu w ryj! To przez niego i przez Gajosa, przez postacie w jakie się wcielili, wychodziłem z kina wkurwiony i załamany. Ze świadomością, że wszystko co widziałem zdarzyło się, zdarza i zdarzać będzie, a owieczki wciąż będą chwacko rzucały na tacę banknoty, upychały koperty po kieszeniach dobrodziejowi w czasie kolędy i wpłacały okrągłe sumki za ślub, chrzest i pogrzeb. Za filmowe święcenie sraczy. Tak już mamy i dwóch tysięcy lat przyzwyczajeń, zabobonów i zwykłego strachu przed tym, co jest po tamtej stronie, po tym jak gaśnie oddech, jeden dwugodzinny film Smarzowskiego nie zmieni. Ale chwała mu za to, że się podjął, że spróbował. Czasem jeden kamień wyzwala lawinę…
„Kler” to film ważny, mądry. Wbrew pozorom subtelny. Czy na Oskara? Nie wiem. Chyba nie. Ale i tak, gdybym miał gdzieś w kajecie numer do Smarzowskiego… być może nie odważyłbym się zadzwonić, ale napisałbym mu SMS-a z dwoma słowami: gratuluję i dziękuję. Amen.

 

 

 

 

Skateboard

Taki stary, a taki głupi. No tak, to o mnie, bo właśnie postanowiłem, że będę jeździł na deskorolce. Sprzęt już nawet mam w bagażniku. I pierwsze jazdy na skateparku zaliczone. Właściwie to nawet dwóch. Wszystko przez księżniczkę, bo nie chciała iść na rowery. Zapakowałem oba na bagażnik auta, a nadmienię kurwa, że nie jest to łatwe i w tym celu muszę używać składanej drabinki, wyjechaliśmy z miasta, a ona:
– Ja nie chcę jeździć na rowerze. Ja chcę na deskorolce.
– Really?
– Tak!
– Ale nie mamy deskorolki, mamy rowery.
– Jest u mamy.
– Aha…
I kiedy już mieliśmy deskorolkę, trzeba było postawić auto z rowerami na dachu na parkingu i pójść na skatepark. Swoją drogą, ten pierwszy, na którym byliśmy, przedstawia dziś obraz nędzy i rozpaczy. Przegniłe, dziurawe a przez to mega niebezpieczne płyty ramp, pełno wszędzie pustych, plastikowych butelek, połamane deski na mini trybunach… To jednak zupełnie nie przeszkadzało chłopakom, których tam spotkaliśmy. Nie jeździli na deskach, fruwali na hulajnogach. Byłem w szoku, co można wyprawiać na kawałku metalowej belki wyposażonym w kierownicę i dwa kółka. Wyskoki, piruety, okręcanie się wokół osi kierownicy i to podczas jazdy! Aż miło było patrzeć. Musiałem mieć jednak podzielną uwagę, bo księżniczka stawiała właśnie pierwsze kroki na desce. Te najpierwsze wyglądały tak, że zjeżdżała na niej z ramp jak zimą zjeżdża się na sankach. Dupa na deskę, nogi do góry i heja! Potem spróbowała wstać. Uczyła się utrzymywać równowagę. Kilka razy upadła, ale jej to zupełnie nie zniechęciło. Po dwóch godzinach zjechała stojąc z niewielkiej rampy nazywanej przez hulajnogowiczów piramidą. A potem przyszła i powiedziała
– Teraz ty…
Pomyślałem, nie ma mowy. Zaraz się wyjebię, połamię ręce, nogi, przetrącę mózg. Ni chuja! Ale co innego rozum, a co innego cała reszta, która podniosła dupę i ustawiła stopy na chybotliwym kawałku sklejki mającym kontakt z podłożem jedynie poprzez cztery liche kółka. Gibało się toto strasznie pod moimi seksownymi 75 kilogramami. Wyjeżdżało spod butów kilkakrotnie, aż do momentu, kiedy spostrzegłem, że chociaż cholera kiwa się jak Kiwaczek z rosyjskiej animacji dla dzieci, to jednak wyjebać się nie wyjebie, jak jeszcze minut dziesiąt wcześniej myślałem. Po prostu gibnie się do pewnego momentu i takie wygibane zatrzymuje, i sztuką jest właśnie wtedy utrzymać równowagę. Jeśli się naówczas nie spęka i ustoi, to już się stać będzie. Ba, stać! Będzie się nawet jechać! I pojechałem. Najpierw metr, potem cztery… Wyjebałem się oczywiście, a jakże! Spadłem na lewą rękę, żeby nie pierdolnąć na dupę, bo mądry ja trzymałem w tylnej kieszeni spodni telefon i jakoś tak przez ułamek sekundy przemknęło mi przez myśl, że szkoda by go było zbierać z betonu. O ręce jakoś nie pomyślałem, a pierdolłem, proszę mi wierzyć, solennie. Osiem minut machania szkitą w stylu misia, który włożył łapę do słoika z miodem i właśnie nie może jej wyciągnąć, pozwoliło mi zapomnieć o bólu i rzucając do księżniczki buńczuczne – dawaj, jeszcze raz ja – wejść ponownie na niestabilny board. Tym razem było już całkiem nieźle. Okazało się, że mogę nawet odpychać się nogą. Wcześniej myślałem, że to w ogóle niemożliwe. Że jak tylko spróbuję cokolwiek zrobić stojąc na desce, zaraz stracę równowagę i glebnę. Otóż nie! Kolejne próby uświadomiły mi, że to, co wcześniej robiłem, było bez sensu, bo stawiałem na sklejce nie tę nogę. Kto mnie zna, ten wie, że zapierdalam na rolkach. Technik hamowania z kółkami na nogach jest kilka, a ta najprostsza to użycie hamulca na stałe przytroczonego do szyny każdej prawej, rekreacyjnej rolki. A ja prawą, kurwa, hamować nie umiem. Ja hamuję lewą, dlatego zawsze po kupnie nowych rolek musiałem te durnowate hamulce przekręcać z jednej szyny na drugą. Nawet zastanawiałem się dlaczego, przecież nie jestem mańkutem. A ponieważ niczego nie wymyśliłem, stanęło na tym, że po prostu tak mam. Hamuję lewą. I otóż wyczaiłem, że z deskorolką mam podobnie. Kiedy próbowałem jeździć stawiając na przedzie boardu prawą nogę, a lewą starałem się odpychać, rezultat był zawsze ten sam – nogi mi się pierdoliły, równowaga gnała w las, a ja zeskakiwałem jak kot rzucony z trzeciego piętra, ratując się instynktownie przed jebnięciem na glebę. Zgoła inna sytuacja jest gdy pierwsza na desce staje moja lewa nózia. Gdy stoopka ma legnie w odpowiednim miejscu, bez problemu utrzymuję równowagę i mogę się nawet prawą nogą odpychać, a po nabraniu odpowiedniej prędkości, dostawić drugą kończynę do tej stojącej już pierwszej. I jadę kurwa! Bez wywrotki! I tak mi się to spodobało, że kiedy namówiłem w końcu księżniczkę na rower i wsiedliśmy do auta, żeby pojechać w jakieś ciekawe miejsce, po drodze zmieniłem zdanie i koniec końców trafiliśmy na drugi skatepark. Tym razem był to zupełnie nowy obiekt wybudowany tej wiosny w zrewitalizowanym parku z czasów przedpolskich. Rampy były tu mniejsze i było ich mniej, ale za to bez przegniłych płyt i dziur. Tu także nie było fruwających hulajnogarzy, tu rządzili beemiksowcy (dla niekumatych rowerzyści). Byli też o kilka lat młodsi od tych na hulajnogach i z ewolucji umieli tylko – kurwa, nie wyszło mi teraz, ale ja to skleję!
Księżniczka też kleiła jak mogła, ale jej to nie wychodziło, bo cały betonowy plac był wysypany świeżymi żołędziami i mokrymi po nocnym deszczu liśćmi. – Jak żyć, panie tato, jak żyć? Wziąłem więc wyszarpałem z ziemi kilka zielonych badyli jakichś chwastów i… zamietłem cały skatepark. Rowerzystom tak się ten pomysł spodobał, że też wyrwali po kilka chabazi i pomagali. Efekt? Mniodzio! Płasko, czysto, bezpiecznie. Księżniczka pokombinowała troszeczkę, ale już znużona deską poleciała na stanowiska do ćwiczeń rozlokowane po całym parku. A deska została. I tak patrzyła na mnie, patrzyła, tak patrzyła, że… no wlazłem na nią! A jakże! I znów zacząłem od gibania się, czyli ćwiczeń z równowagi. A potem lewa nózia na board, prawa hyc, hyc i jazda! Zanim księżniczka wróciła napakowana z podniebnych siłowni, ja już potrafiłem objechać cały skatepark dookoła bez wypierdolenia. A jak! I powiem wam, tak mnie to wciągnęło, że kiedy dziś odwoziłem ją do mamy, niby przez przypadek, zapomniałem z bagażnika deskorolki. Hi, hi… No i mam. I będę ćwiczył. Szkoda, że tak późno wyczaiłem, że to takie fajne.
I jeszcze wam powiem, że z jazdą na deskorolce jest jak z życiem. Trzeba wejść i się nie bać, że się wywróci. Bo ona – ono gibie się, ale jedzie i źle jest dopiero wtedy, gdy stanie, przez gałązkę, żołędzia, zawał, czy tam raka. Więc jak już stoisz to jedź, nie bój się. Twój świat się chyboce, ale ty się nie przejmuj, zapierdalaj, bo to frajda, której ci nikt nie zabierze!

Czaso-wnyk

Najważniejsze, co w życiu dostajemy, to czas. To jedyne, co jest naprawdę cenne. Emocje, uczucia, wspomnienia, zdrowie, kasa, nasi najbliżsi, kobiety, faceci, dzieci, rodzice… to tylko wypadkowe funkcji czasu. Nie mamy świadomości, a przynajmniej nie wszyscy ją mają, że czas, który dostaliśmy jest wartością skończoną. Że nie możemy czerpać z tej studni w nieskończoność. Ona w końcu wyschnie. Dla jednych wcześniej, dla innych później. Szkopuł w tym, że większość z nas myśli, że właśnie dla nas – tak, tak, dla mnie, dla ciebie, dla niej, dla niego, dla nich – to będzie raczej później.
– Śmiertelny wypadek na autostradzie.. Oj, tyle ludzi zginęło… Przykro, ale na szczęście nie ja! Ja żyję!
– Pół tysiąca utonięć podczas tego lata… Taka tragedia, ale mogli być przecież rozsądniejsi!
– Rak kości, mózgu, płuc, dupy… Ciotka, znajomy żony, koleżanka z pracy… uff, ja nie. To mnie nie dotyczy! Podobnie jak zawał, udar, sepsa, syfilis, odra, hiv, czy nagła śmierć łóżeczkowa.
Wszyscy wokół owszem tak, im może się przytrafić. Ale przecież nie nam, nie mnie, bo i dlaczego? My mamy jeszcze na wszystko czas…
Dlatego jutro powiem przepraszam, za rok pojadę w wymarzoną podróż nad Bajkał, za niedługo spotkam kogoś ważnego…
Tylko, że dziś, może być dziś ostatnim. Nie będzie za rok, później nie istnieje. Jest tylko teraz. Czas przelewa się przez palce. Tracimy go, marnujemy.
– Przecież ja jeszcze wszystko zdążę…
– Nie głupku, czas nie przystanie, żebyś się mógł zastanowić. Nie zawróci, żebyś dokończył książkę, powiedział, że kochasz, jeszcze raz powąchał mokre drewno. Masz tego świadomość?
– Tak.
– To teraz już wiesz, co robić?

 

 

– Nie…

Się nie

Im dalej w las, tym Karol wiedział bardziej, że ona musi być kurwą. Patrzeć na niego lubieżnie i obiecywać rzeczy prosto z pornoli. Umieć obdarować go najskurwialszymi wyzwiskami wtykając jednocześnie język w tyłek. Chociaż nie. Nie tak. Nie kurwą. Takim połączeniem wszystkiego. Kurwą, tylko gdy zechce. Na jesienne wieczory ciepłym, futrzastym zajączkiem. Dobrym kumplem, kiedy zapragnie się zeszmacić tulamore dew. Szykowną damą, gdy na afiszu pojawi się coś ciekawego. Przyjacielem, gdy świat napluje w talerz i krzyknie – wpierdalaj! Nikim, gdy będzie chciał umierać w ciszy. Ciepłym powietrzem na piaszczystej plaży. Łzą, gdy młoteczek jebnie w kowadełko i przekaże do mózgu Ederlezi.
Ale im dalej w las, tym Karol wiedział bardziej, że tak się nie zdarzy. Bo tak się nie zdarza. Bo tak jest zbyt pięknie i wkurwiłoby pana boga. Bo pan bóg nie lubi, gdy ludzie są szczęśliwi. Bo tacy się nie modlą i zapominają wierzyć. Tylko biedne pizdy bez pomysłu na siebie i swój świat składają ręce w domek i mamroczą zmyślone przez szamanów zdania, i myślą, że on słucha. Gdyby tylko wiedzieli, jak bardzo ma na nich wyjebane… W tym akurat Karol i on byli do siebie podobni. Cóż, nie tak daleko pada jabłko od jabłoni, nawet rajskiej.
A wiec się nie zdarzy. Za lasami, za górami, ani za Nysą Łużycką.